LIVE: 9 Letnia Akademia Jazzu – 2016 (wybrane koncerty)

Klub Wytwórnia, Łódź, 07-08.2016

Dostępność miejsc parkingowych wokół łódzkiej Wytwórni podczas koncertowego wieczoru Letniej Akademii Jazzu jest najlepszym wyznacznikiem tego jak wielka gwiazda pojawić ma się tego dnia na scenie.

Przed drugim tegorocznym koncertem, na możliwość pozostawienia samochodu blisko klubu mogli liczyć jedynie Ci, którzy przybyli na Łąkową przynajmniej pół godziny wcześniej.

Wieczór z saksofonem rozpoczął Kwartet Marka Pospieszalskiego. Lider, po wielu latach grania, zdecydował się na zaprezentowanie autorskiego projektu i od razu – dodam, że całkowicie zasłużenie – podbił łódzką publiczność. Jak sądzę wiele osób, w tym i ja, niecierpliwie czeka już na premierę zapowiadanej płyty kwartetu. Obok Marka Pospieszalskiego na scenie pojawili się: Max Mucha grający na kontrabasie oraz dwaj młodzi, ekspresyjni muzycy z Berlina, którzy – wnosząc z frenetycznych oklasków po koncercie – mocno zapadli w pamięć obecnych tego dnia na widowni: Max Andrzejewski – perkusja i Elias Stemeseder – fortepian. Kwartet zabrał  słuchaczy w podróż na rollercoasterze nastrojów od łagodności do totalnego szaleństwa. Zespół pożegnał się  znanym z repertuaru Sinatry przebojem „That’s Life”. Jak wieść niesienie muzycy mają przygotowany cały program z coverami utworów znakomitego wokalisty. Po tej jednej próbce nie mam wątpliwości, że jest on równie interesujący jak zaprezentowane wcześniej kompozycje oryginalne.

Po krótkiej przerwie przyszła pora na Legendę. Pharoah Sanders, bo o nim mowa, przyjechał do Łodzi w towarzystwie swojego stałego współpracownika, pianisty Williama Hendersona oraz dwóch sidemanów: Oliego Hayhursta i Gene’a Calderazzo. Wśród zagranych utworów znalazły się m.in. nagrania znane z płyty Save Our Children czy też klasyki z czasów współpracy z Coltranem. To właśnie coltraneowska Naima wzbudziła największy chyba entuzjazm na wypełnionej po brzegi widowni.

To były błyski geniuszu, momenty, które pozwoliły zapomnieć o smutniejszej stronie tego występu. Sanders oprócz gry na saksofonie, tańczył, śpiewał, udanie zachęcał publiczność do zabawy. Skąd więc wzięła mi się „smutna strona” opisywanego wydarzenia ? Otóż patrząc z perspektywy kilku dni, nie sposób nie zauważyć, że pozamuzyczna aktywność sceniczna wielkiego muzyka nieuchronnie oznaczała, że nie ma on już sił na zagranie pełnowymiarowego koncertu. Sanders tak naprawdę grał nie więcej niż połowę z dziewięćdziesięciu minut, które jego kwartet przebywał  na scenie. Często ograniczał się tylko do krótkiego wstępu i zakończenia, zostawiając scenę swoim kolegom, sam kołysał się wtedy miarowo na postawionym z boku krześle. Jak wielka jest jednak jego „siła rażenia” skoro na gorąco, praktycznie nie dało się odczuć tej nieobecności. On tam był, a nawet jego dreptany taniec wzbudzał w nas entuzjazm. Proszę nie traktować tego jako jakiejkolwiek formy krytyki. To po prostu żal, że ten wielki muzyk nie zagościł tutaj będąc w pełni sił,  wiele lat wcześniej.

Kolejny lipcowy wieczór poświęcony był jubileuszowi wydania komedowskiej płyty Astigmatic. Przygotowane programy miały nawiązywać do historycznego albumu wielkiego muzyka. Napisałem „miały nawiązywać”, bowiem przynajmniej w przypadku pierwszego występu owego wspólnego mianownika doszukać się było dość trudno. Atutem koncertu był świetny zespół instrumentalistów: Radosław Nowicki na saksofonie, (ponownie) Max Mucha na kontrabasie, Sebastian Frankiewicz na perkusji i wreszcie lider tego kwartetu Grzegorz Karnas. Ciekawe wokalizy, zróżnicowana technika wokalna, improwizacje i oryginalne sceniczne zachowanie – to zalety Karnasa. Kiedy jednak przyszło do piosenek z tekstem ….. Nie wiem jaki artystyczny zamysł przyświecał przyśpiewkom o wężu, ale dla mnie była to całkowita katastrofa i zabicie dobrze zapowiadającego się koncertu.

Finał to prezentacja zamówionego przez organizatorów specjalnie dla LAJ programu inspirowanego wspomnianymi nagraniami Kwintetu Komedy. Sławek Jaskułke, który podjął się tego zadania, pojawił się na scenie na czele specjalnie sformowane sekstetu. Ciężar występu spoczął na sekcji dętej w składzie: Piotr Chęcki – saksofon, Michał Ciesielski  – saksofon i Emil Miszk – trąbka. Lider i  kompozytor, co osobiście przyjąłem z ogromnym rozczarowaniem, ograniczył się praktycznie do dyrygowania zespołem i akompaniamentu. Ogromną zaletą łódzkiego festiwalu, są właśnie takie specjalne projekty. Ubiegłoroczny Tribute to Szakal był tak udany, że projekt Piotra Damasiewicza do dziś odwiedza światowe sceny. Niestety kompozycja Sławka Jaskułke takiej furory chyba nie zrobi. Muzyka chwytliwa, świetni wykonawcy, zwłaszcza wspomniane już blachy. Jednak brakowało mi w tym wszystkim serca. Sprawnie odegrana i ciekawa kompozycja, której jednak równie dobrze mógłbym wysłuchać z płyty.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s