ECM Records, 2026

Tytuł najnowszej płyty Marka Turnera pochodzi z powieści science fiction autorstwa Octavii E. Butler. W świecie tej książki istnieje sieć telepatów połączonych wspólną świadomością. Turner wykorzystuje ten motyw jako metaforę muzycznej intuicji. Brzmi to abstrakcyjnie, ale na płycie nabiera sensu, kwartet rzeczywiście momentami funkcjonuje jak jeden organizm
Mark Turner od lat należy do muzyków, którzy nie szukają skrótów. Jego saksofon tenorowy nie uwodzi ani ciepłem, ani patosem. To raczej narzędzie analizy: chłodne, precyzyjne, chwilami niemal laboratoryjne. Na nowym albumie ten styl osiąga jednak coś, co wcześniej pojawiało się rzadziej, emocję rodzącą się z napięcia między kontrolą a ryzykiem.
W dużej mierze to zasługa zespołu. Turner gra tu z trębaczem Jasonem Palmerem, kontrabasistą Joe Martinem i perkusistą Jonathanem Pinsonem – kwartetem, który dojrzewał przez lata wspólnych tras i nagrań dla ECM Records. Już ich poprzedni album, „Return From The Stars”, był sygnałem, że grupa zaczyna mówić własnym językiem. „Patternmaster” idzie krok dalej: muzycy nie tyle reagują na działania kolegów, co przewidują ich ruchy.
Najwyraźniej słychać to w relacji saksofonu i trąbki. Palmer jawi się tu niczym drugi biegun pola magnetycznego. Jego dźwięk jest cieplejszy, bardziej otwarty, momentami wręcz liryczny, dzięki czemu muzyka zyskuje przestrzeń. Gdy Turner buduje swoje spiralne, intelektualne frazy, Palmer potrafi wprowadzić prostą, niemal śpiewną linię i nagle cała konstrukcja zaczyna oddychać. Szczególnie wyraźne jest to w utworze tytułowym, będącym dyskretnym ukłonem w stronę Wayne’a Shortera. Kompozycja opiera się na pomyśle znanym z „Pinocchio”, nagranego w zespole Milesa Davisa na albumie „Nefertiti”. Turner nie cytuje jednak Shortera wprost, raczej ukrywa go w strukturze, zostawiając ślad dla uważnych słuchaczy.
Inne fragmenty płyty odsłaniają odmienne oblicza kwartetu. „Trece Ocho” rozwija się powoli, jak żar, który długo nie chce przejść w płomień. „Lehman’s Lair”, inspirowany twórczością Steve’a Lehmana, wnosi więcej ironii i ruchu. Z kolei „Supersister”, kompozycja znana z wcześniejszych nagrań Turnera, brzmi tu tak, jakby ktoś wziął szkic i nagle dorysował do niego pełny krajobraz. Nie ma tu ani jednego momentu, który próbowałby przypodobać się słuchaczowi. Jest za to coś ciekawszego: poczucie, że muzyka powstaje naprawdę tu i teraz. Nawet jeśli kompozycje są precyzyjnie skonstruowane, improwizacja nie pełni roli dekoracji, jest mechanizmem napędowym.
Dlatego „Patternmaster” najlepiej działa jako całość. To nie zbiór utworów, lecz mapa napięć między czterema muzykami, którzy ufają sobie na tyle, by pozwolić muzyce podążać w nieznanym kierunku. Być może właśnie dlatego ta płyta zostawia po sobie nieoczywiste wrażenie. Nie euforię ani zachwyt, lecz coś trwalszego: poczucie, że jazz, nawet w tak wymagającej formie, wciąż potrafi myśleć do przodu. „Patternmaster” przypomina cichą telepatię między artystą a słuchaczem – coś, co trudno nazwać, ale łatwo poczuć.
Autor: Robert Kasia
