LIVE: Pat Metheny Side Eye

Palladium, Warszawa, 4.6.2022

Po dwóch latach oczekiwania i spowodowanych pandemicznymi okolicznościami zmianach terminu   doczekaliśmy się wreszcie koncertów prezentujących najnowszy projekt Pata Metheny’ego. Koncerty ostatecznie wyprzedziła płyta można było więc zawczasu zweryfikować swoje oczekiwania.

O albumie „Side Eye NYC V1.IV” pisaliśmy tutaj: https://donos.home.blog/2021/10/14/pat-metheny-side-eye-nyc-v1-iv/

Wiedziony dawnym sentymentem postanowiłem udać się na spotkanie z Patem. Obiektem mojej dawnej,  choć przeszłej już fascynacji. Dwugodzinny koncert w Warszawie pozwolił mi przypomnieć sobie dlaczego Metheny’ego tak mocno wielbiłem, ale także dlaczego urzeczenie to swego czasu minęło.

Na scenie towarzyszyli liderowi perkusista Joe Dyson oraz grający na instrumentach klawiszowych i fortepianie Chris Fishman, który na europejską część tournée zastąpił anonsowanego wcześniej Jamesa Franciesa,  będącego drugim filarem całego projektu. Oceniając po warszawskim koncercie zmiana ta niestety nie wyszła na dobre całemu przedsięwzięciu. Wprawdzie Chrisowi Fishmanowi nie można odmówić jakości i sprawności, zabrakło mi jednak czegoś ponadto, nieuchwytnej iskry jakiej oczekiwać można po członkach zespołu Metheny’ego i jaką słychać było na płycie z udziałem wspomnianego już Franciesa. Pat nie powstrzymał się również od użycia orkiestronu, swojej ukochanej zabawki. Przyznam się, że  jego uczucia do tego analogowego robota  muzycznego nie rozumiem i nie podzielam, więc „zaangażowanie” orkiestronu do występów z triem  nieco mnie zmroziło.

Cały koncert rozpoczął się od solowego wstępu na gitarze Picasso, potem publiczność usłyszeć mogła kilka metheny’owskich hitów. Zgranych perfekcyjnie, acz w moim przekonaniu nieco mdło i bez „duszy”. Kiedy jednak Pat zaczął dopuszczać do głosu swoich scenicznych kolegów, koncert od razu zrobił się ciekawszy. Mam tu na myśli przede wszystkim Joe’go Dysona, który kilkakrotnie zabłysnął kapitalnymi solówkami. Najlepszym momentem całego koncertu był dla mnie długi duet gitary i perkusji który sięgał ku klimatom z „Zero Tolerance for Silence”. Żałowałem, że Metheny nie odważył się zacząć koncertu w taki właśnie sposób, choć zapewne mógłby wypłoszyć wtedy z sali część publiczności. Warszawski występ zakończył bis zagrany solo na gitarze akustycznej, w którym Metheny zaprezentował wiązankę swoich kompozycji. W sposób uroczy, miły i przyjemny żegnając się z zauroczoną widownią.

Pat Metheny nadal zapełnia koncertowe  sale i wzbudza entuzjazm publiczności. Oklaski witające pierwsze takty znanych kompozycji pojawiają się raz za razem. Rosną kolejne pokolenia, dla których zobaczenie po raz pierwszy tego artysty na scenie będzie niewątpliwym przeżyciem. Ja również bawiłem się na koncercie dobrze, nawet pomimo pojawiającego się czasem uczucia, że Pat uwił sobie ze swoich dawnych osiągnięć zbyt komfortowe gniazdko i niechętnie wychyla się z bezpiecznej bańki kolorowych i atrakcyjnych dla szerokiej publiczności propozycji. Ale ma do tego pełne prawo.  

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s