MIST „Live Dragon”

Broda Records, 2019

Pojawili się w jazzowym światku dość niespodziewanie. Chociaż muzycznego doświadczenia żadnemu z nich nie brakuje. Maciej Pruchniewicz może się wręcz uważać za weterana. W swoim życiu współpracował między innymi z Wojciechem Waglewskim, Tadeuszem Nalepą, Małgorzatą Ostrowską, Antonim Gralakiem czy Michałem Urbaniakiem.

Najbliżej było mu zawsze do bluesa i rocka. Młodszy o pokolenie Szymon Siwierski komponuje dla teatru i filmu. Grywa w zespole Swiernalis, dalekim od idiomu jazzowego tak  jak tylko można to sobie wyobrazić. Co połączyło tych dwóch artystów?

Po pierwsze DNA – bo w przypadku MIST mamy do czynienia z duetem ojca i syna. Po drugie klimaty które ich obecnie fascynują: improwizacja, wycieczki w stronę klasyki, połączenie brzmień elektronicznych z akustycznymi. Godzinna płyta nagrana została z przypadku, w sposób zupełnie nie zaplanowany. Sami muzycy przyznają, że bez presji związanej ze świadomym rejestrowaniem materiału gra się bardzo dobrze. Jak widać na tyle dobrze, że nagranie zdecydowali się udostępnić szerokiej publiczności i wydać. Jako zdeklarowany miłośnik małych składów sięgnąłem po płytę z zainteresowaniem i od pierwszych taktów doznałem nieprzemijającego zauroczenia.

Godzinny album zawiera osiem autorskich utworów. Kilka długich nagrań– po dziewięć, czy nawet jedenaście minut – świetna dramaturgia, nieoczekiwane zwroty akcji. Znajdziemy na albumie urokliwą klarnetowo-gitarowa balladę „Part II” (muzycy postawili w nazewnictwie utworów na minimalizm). Oniryczno-ambientowe „Part V” nagle przeradzające się w melodyjny pojedynek gitary i fortepianu. Maciej Pruchniewicz sięga również ku dawnym fascynacjom czarując bluesową gitarą w nagraniu otwierającym album oraz końcówce utworu finałowego.

Punkt kulminacyjny płyty przypada na „Part III” (gdzie po raz drugi i ostatni pojawia się klarnet) który wplata w narrację klasyk „Nim wstanie dzień”.  Zagrany nowocześnie przy tym ze znakomitym wpasowaniem się w oryginalny nastrój kompozycji.  Fragmenty z Komedy pojawiają się subtelnie niemal od początku utworu, ale dopiero na sam koniec duet odkrywa karty w pełni, poświęcając w pełni wielkiemu kompozytorowi niezwykle efektowne ostatnie trzy minuty.

 „Live Dragon” wypada naprawdę znakomicie. Najlepsze podsumowanie wydawnictwa znalazłem w wywiadzie z oboma muzykami, gdzie pojawił się passus  „.. bo tego się fajnie słucha z lampką czerwonego wina lub przy zielonej herbacie” (wywiad autorstwa Magdaleny Ciesielskiej dla magazynu Poznański Prestiż, czerwiec 2019). Od siebie dodam tylko, że MIST słucha się bardzo dobrze w każdych okolicznościach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s