ROZMOWA: Django Bates

Django Bates – brytyjski kompozytor, multiinstrumentalista, wykładowca. Muzyk i twórca wszechstronny. Uznawany za jednego z najbardziej utalentowanych brytyjskich jazzmanów. Znany między innymi z licznych kompozycji pisanych dla dużych składów. Śmiały i częsty komentator wydarzeń bieżących – także pozamuzycznych.

foto: Nick White

Rozmowa przeprowadzona w kwietniu 2018 z okazji zbliżającego się koncertu w ramach Warsaw Summer Jazz Days

2017 był dla ciebie ważnym rokiem. Ukazały się, bowiem trzy, szeroko komentowane płyty z twoim udziałem. Pierwsza z nich to hołd dla beatlesowskiego Sgt. Pepper Lonely Hearts Club Band, wydane przez Edition Records, ale inicjatywa nagrania wyszła ze strony jednego z niemieckich radiowych biga bandów.  

Django Bates: Projekt był inicjatywą HR (Hessischer Rundfunk) Bigband z Frankfurtu.  W nagranie ostatecznie zaangażowały się trzy inne zespoły: fiński UMO, duński big band radiowy oraz Norrbotten Big Band ze Szwecji.

Znaczenie tej płyty The Beatles w historii muzyki jest niepodważalne, a czy ty masz jakieś osobiste relacje czy wspomnienia związane z tym albumem?

Zetknąłem się z Sgt. Pepper Lonely Hearts Club Band przy okazji osiemnastych urodzin mojej starszej siostry. Po prostu kupiłem jej ten album w prezencie. Podarunek doskonały. Przez zamknięte drzwi jej pokoju słyszałem jakieś urywki, fragmenty. Już one dawały odczuć bogactwo dźwięków, stylów, efektów, niespodzianek. Obficie okraszone słowami szaleństwa i rozsądku.

Czy ta płyta miała wpływ na kształtowanie się Ciebie, jako muzyka?

Moi rodzice nie słuchali, nie puszczali nigdy w domu muzyki pop. Miałem zdaje się około 8 lat, kiedy usłyszałem ową eksperymentalną stronę Beatlesów. Oczywistym jest, że wywarło na mnie wrażenie poznanie czegoś innego niż zwykle słuchało się w domu: psychodelicznej, beztroskiej hippisowskiej muzyki. W swoim pokoju „grałem” na perkusji z kartonowych pudeł słuchając najprzeróżniejszych rzeczy: śpiewających Zulusów, Davy’ego Grahama (folkowy gitarzysta brytyjski– przyp.red), jug bandów z Nowego orleanu, Mingusa. No, a kiedy pojawili się Beatlesi zostałem perkusyjnym partnerem Ringa.

Co jeszcze fascynowało cię jako młodego człowieka, młodego muzyka? Wiadomo, że darzysz dużą atencją Charliego Parkera.

Urodziłem się w roku 1960. W domu, który wybrzmiewał dźwiękami jazzu, muzyki afrykańskiej, cygańskiej. A od czasu do czasu pojawiała się też muzyka Schnitkego.  Kultura I muzyka pop wogóle u nas się nie pojawiały – można powiedzieć, że moi rodzice uważali to za diabelskie wynalazki. W dniu, kiedy się urodziłem, w domu grała właśnie płyta Charliego Parkera. Słynne nagranie live z Rockland Palace Concert, album Bird Is Free (Charlie Parker Records, 1961 – przyp.red.). Tak, więc jego muzyka wypełniła moją duszę i tam już pozostała.

W początkach kariery grywałeś często w dużych składach. Loose Tubes – taki właśnie ansambl – był początkiem wielkich karier kilku znaczących muzyków brytyjskiego jazzu. Jak doszło do waszego spotkania i wspólnego grania?   

Z początku z niechęcią odnosiłem się do pomysłu grania z big bandem, ale kiedy w sali prób pierwszy raz zetknąłem się z rozbudowanym, 21-osobowym składem zdałem sobie sprawę, że to dla mnie wspaniała okazja do testowania moich kompozycji. Przyniosłem coś na kolejną próbę, wszystkim się to spodobało i jak sądzę odmieniło zespół. Przynosiłem kolejne utwory, co tydzień. Ronnie Scott lubił nasze granie i zaprosił do zagrania w swoim klubie. Publiczność przyjęła nas z entuzjazmem, media nas zauważyły. Właśnie ten tydzień występów zapoczątkował wiele karier członków big bandu.

Hołd dla Sgt. Pepper Lonely Hearts Club Band nie jest jedynym twoim projektem z dużymi składami.

Po sukcesie Loose Tubes przypadkiem uznano mnie za big bandowego kompozytora. I rzeczywiście lubię bawić się nieskończonymi możliwościami, jakie daje tak duży zespół.

Druga z ubiegłorocznych twoich płyt to nagrania z triem Belovèd dla ECM (recenzja w tym numerze JazzPress – przyp. red) Spotkaliście się w Kopenhadze, gdzie wykładałeś w tamtejszym Rhythmic Music Conservatory.

Nie planowałem nigdy gry w trio. Jest tak dużo takich zespołów. Jednak pewnego dnia usłyszałem próbę zespołu z Petterem (Eldhem – przyp.red.) i Peterem (Bruunem – przyp.red.)  w składzie i poczułem, że muszę z nimi zagrać. Tak dla przyjemności. Nasze granie przerodziło się jednak w coś wyjątkowego. To trio różni się od innych moimi zespołów.  Zanim pojawiły się konkretne kompozycje, przez rok przygotowywaliśmy najdrobniejsze szczegóły, włącznie z ustawieniem na scenie, tak żeby móc jak najlepiej się widzieć i słyszeć podczas grania.  Żeby uzyskać jak najlepsze akustyczne brzmienie. Ćwiczyliśmy bez żadnych utworów, free, tylko z luźnymi wskazówkami: szybko, cicho, delikatnie. Tak, aby zbudować zespołowi podłoże spontaniczności. Teraz, kiedy przychodzę z napisanym utworem, podchodzimy do niego w sposób otwarty, tak jak podczas naszych improwizowanych sesji. Zapamiętywanie muzyki, ciągłe jej rozwijanie, udoskonalanie, pozwala nam na zniesienie niepotrzebnego podziału na to, co wcześniej napisane i na to, co improwizowane.  Podczas koncertów Belovèd fragmenty zróżnicowanej muzyki łączymy poprzez stałą interakcję pomiędzy trzema instrumentalistami.


Wasza pierwsza płyta była dedykowana Charliemu Parkererowi, ale teraz zdecydowaliście się nagrać prawie wyłącznie twoje utwory. Częściowo znane już wcześniej, ale także nowe.  

Napisałem kilka utworów specjalnie na ten album. Jeden z nich, Happiness All The Way Up, jest odpowiedzią na starszy utwór Sadness All The Way Down. Kończy się wymyśloną nutą, słuchową iluzją, stworzoną bez studyjnych tricków. Jedną nutę wyżej niż ostatni dźwięk fortepianu. Utwór Parkera Passport, przypomina pierwsze wpływy, pod jakimi pozostawało nasze trio. Ten tytuł przy okazji dobrze koresponduje z katastrofą, jaką jest Brexit. Jest jeszcze kilka starszych kompozycji, tutaj przepracowanych na nowo. Belovèd cały czas się zmienia, przemodelowuje i mam nadzieję, że słuchacze dostrzegają te zmiany.

Trzeci z albumów z twoim udziałem z roku 2017 to płyta Anouara Brahema, z Davem Hollandem i  Jackiem DeJohnette. Zupełnie inny rodzaj muzyki niż dwa wspomniane wcześniej wydawnictwa. Jednak niemal wszyscy podkreślali jak znakomicie wypadło zderzenie oudu Brahema i twojego fortepianu. Czy to było twoje pierwsze spotkanie z muzyką o arabskich korzeniach?   

Manfred (Eicher – przyp.red) zaprosił mnie do tego projektu. Wcześniej dał naszą płytę Anouraowi. Spodobało mu się i wybrał mnie do nagrań.  Moja pierwsza próba z Anouarem to było także moje pierwsze muzyczne spotkanie z oudem. Bardzo mnie to interesowało, także techniczne szczegóły, chociażby jak wygląda strojenie. Wszelkie kulturowe różnice. Improwizacja wymaga wrażliwości. Wtedy wszelkie zestawienia instrumentów i dźwięków są możliwe. Podobało mi się to wyzwanie. Wejście w świat dźwięków oudu delikatnie. Wyczekanie na odpowiedni moment, aby wnieść coś od siebie, wzbogacić harmonicznymi rozwiązaniami zachodniego świata.  

Jak wspominasz współpracę przy tym projekcie z Davem Hollandem – także Brytyjczykiem, ale ze starszego pokolenia oraz z Jackiem DeJohnette?

Słuchałem dużo Dave’a Hollanda i Jacka DeJohnette na albumie Gnu Hi (ECM 1976, płyta firmowana przez Kenny’ego Wheelera – przyp.red.) To było magiczne móc zagrać z nimi oboma. Tworzą razem mocny zespół. Chłonny i otwarty na moje działania. Mamy w planie trasę koncertową z tym projektem (koncerty odbyły się w okresie pomiędzy naszą rozmową z Django Batesem, a wydaniem niniejszego numeru JazzPressu – przyp.red.) i mam nadzieję, że więź między nami będzie się umacniać. Myślę, że będę uczył się, czerpał z ich spokoju i pewności siebie. To będzie ciekawe doświadczenie usłyszeć od nich różne historie. Choćby z czasów Milesa.   

Jesteś bardzo zajętym kompozytorem. Piszesz muzykę do spektakli teatralnych, na zamówienia festiwali, dla orkiestr symfonicznych. Czy pisanie na zamówienie i komponowanie dla własnego zespołu różnią się od siebie?

Dla mnie to ten sam I taki sam proces. To po prostu przekazywanie idei i wydobywanie emocji, odzewu ze strony publiczności. Nie ma znaczenia czy są oni w teatrze, klubie czy w filharmonii. Najważniejsze jest, aby zrobić wszystko na najwyższym poziomie, na jaki cię stać.

Wielu młodych polskich muzyków pamięta cię z kopenhaskiego Konserwatorium. Uczyłeś i uczysz cały czas także w innych europejskich szkołach. W Polsce żywe są dyskusje na temat różnic i porównań polskiego i duńskiego modelu edukacji muzycznej. Jak ty oceniasz różne podejścia do nauczania muzyki w Europie?

Wierzę w moc grania. Gram i tworzę muzykę z moimi studentami kiedykolwiek jest to tylko możliwe. Dlatego opuściłem Kopenhagę i przeniosłem się do Berna. W Szwajcarii akceptują moje pryncypia. Lubię także czuć, że ja sam uczę się razem z moimi studentami. Razem z nimi gram swoje kompozycje, bebop, moje aranżacje Parkera. Wymyślam dużo ćwiczeń dla solistów. Ćwiczymy nietypowe formy. I w każdej grupie koncentrujemy się na odkryciu zespołowego brzmienia. Jednak ponad wszystko cała ta praca powinna zawierać radość tworzenia muzyki, wspólnego aktu twórczego.

Ty sam, jako student, porzuciłeś Royal College of Music niezwykle szybko, kończąc edukacje przedwcześnie. Nauczyciele nie znaleźli drogi dotarcia do ciebie. Czy uważasz, że formalne wykształcenie jest muzykowi niezbędne? Jak teraz wykorzystujesz to swoje doświadczenie w procesie uczenia innych?

Każdy powinien znaleźć swoją własną drogę nauki. Studenci muzyki potrzebują impulsu od innych muzyków. Bycie samoukiem oznacza tworzenie własnych ćwiczeń i zadawanie mnóstwa pytań innym, ale i samemu sobie. Źle trafiłem ze studiami w Royal College, przede wszystkim dlatego, że wówczas, w roku 1979 nie było tam jazzowego kierunku nauczania. Uczyłem się kompozycji na wydziale klasycznym gdzie zupełnie nie pasowałem.

W mediach społecznościowych, ale także podczas koncertów często i zdecydowanie komentowałeś i komentujesz  aktualną sytuację polityczną. Nie ukrywasz swoich poglądów i przekonań. Żyjemy w czasach gdzie w wielu krajach mamy do czynienia z podobnym obrazem politycznego krajobrazu. Nieoczekiwane polityczne zwycięstwa odnieśli Trump w USA, PiS w Polsce, zwolennicy Brexitu w Wlk. Brytanii. Artyści w tych wymienionych krajach w dużym stopniu pozostają w opozycji do nowych władz czy powziętych decyzji. Zapytam tu przekornie – czy myślisz, że ludzie, wyborcy, chcą słyszeć i biorą pod uwagę wasz głos?

Dobre pytanie. Ostatnio podczas występów przestałem wspominać o Brexicie, ponieważ to nie miało związku z naszym graniem. Kiedy wypowiadam się, choćby na Facebooku, kieruję się przede wszystkim do swoich znajomych. Nie próbuję zmieniać czyichkolwiek przekonań. Robię to raczej by zainteresować, zaangażować, czasem zabawić moich przyjaciół. Nie unikam politycznych kontekstów w swojej muzyce, jednakże staram się nie przypisywać siebie do konkretnej partii czy stronnictwa politycznego, ponieważ muzyka pozostanie na zawsze, a programy partyjne i poglądy polityków zmieniają się, co chwila.

Kiedyś podczas koncertu w Sarajewie ktoś z publiczności poprosił mnie o wsparcie ze sceny Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie. Generalnie popieram koncepcję rewolucji wtedy, kiedy jest ona potrzebna i przez chwilę kusiło mnie, żeby wyrazić takie poparcie, ale po chwili namysłu stwierdziłem, że muszę wypowiadać się odpowiedzialnie, szczególnie stojąc na scenie, muszę wiedzieć o czym mówię. Tak wiec ostatecznie powiedziałem: „ Nie wiem, kto tak naprawdę prowadzi i jest odpowiedzialny za Pomarańczową Rewolucję. Muszę najpierw sprawdzić fakty”. Może nie było to oczekiwane wystąpienie, ale na pewno szczere.

Może powinieneś wyraźnie oddzielić głos Django Batesa – artysty od wypowiedzi Pana Batesa – zwykłego obywatela?

Właśnie, dlatego nie mówię już o Brexicie ze sceny. Chociaż… widziałem raz koncert Jana Garbarka, podczas którego on nie odezwał się ani jednym słowem do publiczności. I to bardzo pasowało do jego występu. Spróbowałem tak zrobić podczas jednego ze swoich koncertów i czułem się bardzo niekomfortowo. Jestem obywatelem swojego kraju, jak wszyscy inni. Tworzenie i granie muzyki to rodzaj społecznego zaangażowania. No chyba, że ktoś uważa to za przekazywanie głosu Boga. Nie sądzę, bym ja był przekaźnikiem boskich myśli, choć mam nadzieję, że On / Ona mógłby zgodzić się z moimi muzycznymi wyborami. I może także z niektórymi niemuzycznymi przemyśleniami.  

Partia rządząca w Polsce, cieszy się mocnym, czasem wręcz rosnącym poparciem opinii publicznej. Nawet pomimo licznych kontrowersji i silnych głosów sprzeciwu przeciwko wprowadzanym zmianom. Mam wrażenie, że kwestia Brexitu w Wlk. Brytanii też nie jest tak jednoznaczna. Czytałem wywiad z Julianem Fellowesem (pisarz, scenarzysta, współtwórca serialu Downton Abbey – przyp.red), w którym on z radością przyjmował decyzję o Brexicie. Wprost stwierdzał, że nie ma ochoty słuchać jak Bruksela mówi ludziom w Wlk. Brytanii jak maja żyć. Może – nawet mając odmienne przekonania – powinno się z pokorą przyjąć decyzje większości, która może chcieć zupełnie czegoś innego niż nam się wydaje? 

Z jednej strony mamy takie opinie jak Juliana Fellowesa. Jednak z drugiej strony jest ponura rzeczywistość efektów Brexitu. Teraźniejszych i tych, które dopiero nastąpią. Podam przykład, który akurat dobrze pasuje do tego wywiad. Dzień po głosowaniu dotyczącym Brexitu wielu Polaków mieszkających i pracujących w Wlk. Brytanii znalazło w swoich skrzynkach pocztowych „listy nienawiści”. Wrzucone tam przez ich sąsiadów. Jasno sugerujące, że powinni opuścić Wlk. Brytanię. Takie działanie napełnia mnie obrzydzeniem. Cała kampania związana z Brexitem wygląda na jedno wielkie oszustwo elit, które nigdy nie stoją na przegranej pozycji, ponieważ są niezmiernie bogaci. Swoje majątki trzymają zagranicą i nie płacą podatków. Także większość brytyjskich mediów, które Ci ludzie kontrolują, przekonują najuboższe warstwy społeczeństwa o rzekomych benefitach, poprawie jakości życia, co jest jednym wielkim kłamstwem. Wkurza mnie to, nawet biorąc pod uwagę fakt, że wyjechałem z Wlk. Brytanii w 2005 roku i czuję się szczęściarzem mogąc obserwować to wszystko z oddalenia.

Skoro coraz częściej społeczeństwa nie oglądają się na historię, nie chcą uczyć sie z własnej przeszłości, to może trzeba móc pozwolić im na popełnianie pomyłek na własny rachunek?

Całkiem niedawno, kilkaset tysięcy amerykańskich uczniów protestowało przeciwko przemocy z użyciem broni palnej (Enough! National School Walkout – akcja miała miejsce 14 marca 2018 roku w proteście przeciwko strzelaninie w Stoneman Douglas High Scholl. Rozmawialiśmy z Django Batesem niedługo po tych wydarzeniach – przyp.red.) Większość młodych ludzi w Wlk. Brytanii jest załamanych, wręcz zdruzgotanych Brexitem.  Miejmy nadzieję, że kolejne pokolenia mają poglądy, które pozwolą ocalić ten nasz świat i siebie nawzajem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s