Jazzmeia Horn „Social Call”

Prestige, 2017

jazzmeia

Byłem święcie przekonany, że to musi być artystyczny pseudonim. Czy można uwierzyć, że ktoś z tak wieloma odniesieniami do jazzu w prawdziwym imieniu i nazwisku, zostaje potem wokalnym odkryciem w kolebce tego gatunku? Historia nierealna, a jednak prawdziwa. Babcia naszej bohaterki, sama utalentowana pianistka, z racji bycia żoną ortodoksyjnego pastora, grać mogła jedynie pieśni akceptowane w kościele. Umiłowanie do jazzu zapisała w imieniu wnuczki. Wraz z tak zawartym przeznaczeniem przekazała – jak się okazało – niebagatelny talent, wsparty przy okazji lekcjami, jakich zaczęła udzielać już 3-letniej Jazzmei. Dla porządku dodam jeszcze, że zbieżność nazwisk z Wielką Shirley Horn również ma charakter przypadkowy. Śpiewać zaczęła, więc Jazzmeia wcześnie, ale pierwsze jazzowe fascynacje i inspiracje przyszły do niej dopiero w latach szkolnych wraz z nagraniami Sarah Vaughan. Ją właśnie starała się naśladować w początkach kariery i z fascynacji tą właśnie wokalistką wziął się tak często używany przez Jazzmeię Horn, skat. Sukcesy przyszły szybko:  w roku 2013 Horn zwyciężyła w Sarah Vaughan International Jazz Competition, a dwa lata później wygrała Thelonious Monk Institute International Jazz Competition.

Wokalistce towarzyszy na albumie trio z Victorem Gouldem na fortepianie (współpracował z Esperanzą Spalding, Terencem Blanchardem, Nicholasem Paytonem), Benem Williamsem na basie (grał z Patem Metheny’m, a w jego kwartecie występują Gerald Clayton, Marcus Strickland i Matthew Stevens) i Jeromem Jenningsem na perkusji (mającym w portfolio występy i nagrania z Sonnym Rollinsem, DeeDee Bridgewater, Christianem McBride). Na płycie pojawiają się także – w różnych konfiguracjach – grający na instrumentach dętych: Stacy Dillard (tenor), Josh Evans (trąbka) i Frank Lacy (puzon). Dziesiątka nagrań, ale trzynaście utworów (dwa razy Jazzmeia Horn łączy ze sobą kilka tytułów). Od krótkiej trwającej niespełna trzy minuty wersji utworu tytułowego, do trzynastominutowej suity. Pełno na tej płycie nawiązań i odniesień. Jazzmeia Horn swój debiut ułożyła, jako artystyczny, ale także społeczno-polityczny manifest. Z jednej strony przywołuje, więc swoje wielkie poprzedniczki: Betty Carter (Tight), Ernestine Anderson (Social Call Gigi Gryce’a), Normę Winstone (The Peacocks(A Timeless Place) Jimmiego Rowlesa  z przepięknym solem trąbki) czy wspomnianą już Sarah Vaughan (I Remember You Johnnyego Mercera i Victora Schertzingera). Tytułowe nagranie, ma też inny podtekst – słowa do niego napisał zmarły niedawno Jon Hendricsks, z którym Horn miała okazję śpiewać na albumie JC Hopikins Biggish Band. Mistrz skatu, po którą to technikę tak chętnie sięga także Jazzmeia Horn – tu warto wspomnieć jak genialnie wypada jej skat-dialog z saksofonem w Tight, czy wstęp – tylko z towarzyszeniem bębnów – do Afro Blue. Przypomina też inne, obok wspomnianych wcześniej, klasyczne amerykańskie standardy i ich autorów: Brooksa Bowmana – East of the Sun (and West of the Moon) i Normana Whitfielda – I’m Going Down.

Z drugiej strony Jazzmeia Horn sięga po kompozycje odnoszące się do problemów społecznych oraz sytuacji społeczności afroamerykańskiej w Stanach Zjednoczonych, nagrywając utwór soulowej grupy The Stylistics People Make the World Go Round poprzedzony recytowaną wyliczanką problemów trapiących dzisiejszy świat, Lift Every Voice and Sing kościelną pieśń, określaną, jako „czarny hymn narodowy Ameryki”[i] czy wreszcie Medley: Afro Blue/Eye See You/ Wade In The Water łączący pierwszy „afrykański” standard Mongo Santamarii, nawiązującą do rapu recytację własnego autorstwa oraz tradycyjny utwór gospelowy. „Ma być tak jak mówiła Nina Simone: użyj swoich sił i możliwości, by mówić o tym, co dzieje się na świecie. W innym wypadku, po co być muzykiem?” deklaruje Jazzmeia Horn.

Zrobiło się, więc poważnie, a jak to wygląda od strony muzycznej? Powiem krótko: wygląda r-e-w-e-l-a-c-y-j-n-i-e! Fantastyczna skala głosu, świetna technika, oryginalne interpretacje, znakomite porozumienie z muzykami i wykorzystanie możliwości tria i sekcji dętej – jakże oni się wspaniale z wokalistką dopełniają i uzupełniają.  Jazzowa wokalistyka poniosła w minionym roku wielkie straty. Pożegnaliśmy kilku gigantów, klasyków. Jednak młode lwice (excuse-moi Ladies) jak Horn czy McLorin Salvant, powstałą pustkę szybko wypełniły.

pierwsza publikacja w magazynie JazzPress 2/2018

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s