Cecile McLorin Salvant „Dreams and Daggers”

Mack Avenue Records, 2017

mac1120_artist_and_title_300rgb__thumb1

Koncertowe nagrania wielu artystów traktuje, jako podsumowanie pewnego etapu kariery. Najnowsza płyta Cecile McLorin Salvant zatytułowana Dreams and Daggers jest pod tym względem zupełnie inna, bowiem niemal wszystkie – z wyjątkiem jednego – utwory nie pojawiały się jak dotąd na żadnym wcześniejszym albumie tej wokalistki.  Otwarcie kolejnego artystycznego rozdziału należy uznać za imponujące: dwie płyty zawierające dwadzieścia trzy utwory. Pięć, w których powstanie zaangażowała się sama Cecile: dwa z tekstami napisanymi do muzyki basisty Paula Sikivie, dwa podpisane przez wokalistkę, jako kompozytorkę i autorkę słów oraz jeden skomponowany wspólnie z rzeczonym Sikivie do poematu Langstona Hughesa (Hughes pojawia się także, jako autor przy okazji Somehow I Never Could Belive ze stworzonej wspólnej z Kurtem Weilem opery Street Scene).  Pozostałe nagrania to standardy z takimi gigantami Wielkiego Śpiewnika Amerykańskiego jak My Man’s Gone Now czy You’re My Thrill. Z drugiej strony Artystka sięga po utwory z ciekawą historią, acz mniej znane, czasem zapomniane. Pojawia się, więc na przykład na liście autorów Noël Coward, bardziej kojarzony, jako dramaturg, niż autor piosenek. Część wyboru układa się w hołd dla kobiecej wokalistyki. Znajdziemy tu Si J’étais Blanche (Gdybym była biała) – notabene trudno nie dostrzec społeczno-politycznej symboliki umieszczenia tej piosenki pośród nagrań –, wykonywany niemal sto lat temu przez Josephine Baker oraz If A Girl Isn’t Pretty z filmu Funny Girl z główna rolą, śpiewającej Barbry Streisand. Przypomina nam McLorin Salvant Sam Jones’ Blues z repertuaru Bessie Smith oraz Wild Women Don’t Have The Blues napisany i śpiewany przez Idę Cox. Piątka nagrań nie przekracza dwóch minut, ale wśród pozostałych znajdziemy także dwa niemal dziesięciominutowe. Dodać także trzeba, że pięć utworów zostało zarejestrowanych w studiu, trzy miesiące po wrześniowych występach w Village Vanguard, skąd pochodzi koncertowa część albumu. Jedno z udziałem tria i smyczkowego Catalyst Quartet, a cztery tylko ze wspomnianym kwartetem. Większość z nich to właśnie owe krótkie miniaturki. Wplecione pomiędzy nagrania z koncertu stanowią oryginalny wstęp, czy może komentarz do utworów w wersji live.

Wokalistce na scenie i w studiu towarzyszyło trio innej gwiazdy MacAvenue Records, Aarona Diehla z – przywołanym już – Paulem Sikivie na basie i Lawrencem Leathersem na perkusji. Wyjątek stanowi utwór You’ve Got To Give Me Some – jeszcze jeden z repertuaru Bessie Smith – zaśpiewany w duecie z pianistą Sullivanem Fortnerem. Muzycy opisani są – skromnie, – jako trio akompaniujące, ale mają dużo przestrzeni na solowe popisy i skrzętnie to wykorzystują. Trio Diehla (stanowiące w tym zestawieniu osobowym jeden z dwóch trzyosobowych składów pianisty) współpracuje już ze sobą od dłuższego czasu. Z Cecile McLorin Salvant nagrali także jej poprzednią, nagrodzoną Grammy za najlepszy jazzowy album wokalny, płytę. Czuje się zgranie, świetnie zrozumienie pomiędzy sobą całej czwórki, zaufanie, jakim się darzą. Notabene nie tylko na scenie, bowiem muzycy na terenie USA podróżują na koncerty awionetką pilotowaną przez Aarona Diehla.

Cecile McLorin Salvant dawno zdobyła me uznanie. Mój podziw budzi jej łatwość przeskakiwania między konwencjami. Umiejętność zaskakującej zmiana tembru głosu. Przede wszystkim zaś aktorskie podejście do śpiewania. Nawet obcując z samą rejestracją dźwiękową występu, bez obrazu, łatwo wyczuć można, że jej koncerty nie są zwykłym występem wokalnym, a raczej spektaklem, w którym Cecile prawdziwie – bez stwarzania wrażenia sztuczności – wciela się w bohaterki swoich piosenek.  Potrafi być niewinnym dziewczęciem, ale i kobietą dojrzałą, czasem wściekłą na swojego chłopaka: kapitalne jest wypunktowane, wykrzyczane „mad” w Mad About the Boy, kontrastowo puentujące spokojne solo pianisty. Świetnie rozumie się z publicznością. Pozazdrościć można atmosfery, jaka panowała na widowni podczas rejestracji koncertów i chwała wydawcy, że pozostawił te elementy nagrania bez ingerencji dodając tej płycie dodatkowego, unikalnego efektu.  Prawie dwie godziny Dreams and Daggers to prawdziwa uczta.

Wielu uważa Cecile McLorin Salvant za najważniejszy dziś damski głos w jazzie. Spadkobierczynię i kontynuatorkę tradycji największych wokalistek. I ja jestem w gronie osób mających taką właśnie opinię.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s