LIVE: Adam Pierończyk solo

Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa, 09.2.2014

Adam Pierończyk wyruszył właśnie w trasę promująca swoją najnowszą płytę Planet of Ethernal Life. Nie będę rozpisywał się tu o samej muzyce gdyż artykuły, które ukazały się w ostatnich miesiącach wyczerpały ten temat.  Recenzje były zgodne i bardzo entuzjastyczne. Ja jednak trochę obawiałem się tego koncertu. Instrumenty  dęte nie należą do moich ulubionych, a pierwsze przesłuchania płyty wyrobiły we mnie przekonanie, że to materiał trudny, wymagający skupienia w odbiorze, dobrego czasu i miejsca prezentacji. 

Utwory nagrane w baszcie twierdzy w Peitz, na żywo najlepiej sprawdzają się właśnie w podobnie kameralnych warunkach, sprzyjających wyciszeniu i kontemplacji muzyki. W Warszawie Adam Pierończyk ma salę na taki występ. To miejsce (i Instytucja), z którym łączy go więź szczególna: Muzeum Powstania Warszawskiego. Zaimprowizowana niewielka widownia w muzealnej Sali pod Liberatorem ugościła około setki słuchaczy. Mrok rozjaśniały z lekka jedynie dwa reflektory skierowane na bohatera wieczoru. Po krótkiej zapowiedzi popłynęła muzyka.

Koncert zagrany został akustycznie, bez wsparcia nagłośnienia. Postindustrialne wnętrza Muzeum znakomicie sprzyjały takiemu rozwiązaniu. Dźwięki rozbrzmiewały niczym w katedrze. „Koncert potrwa około godziny, bo nie chcę Was zanudzić” zapowiedział Adam Pierończyk na samym początku. Jednak o nudzie nie mogło być mowy. Już w trakcie pierwszego utworu wątpliwości zniknęły.  Muzyka pochłonęła mnie całkowicie, podobnie zresztą jak pozostałych słuchaczy. Niezmiernie rzadko na jazzowych koncertach widownia bywa tak skupiona. Kiedy myślę o tym co się wydarzyło tego wieczora przychodzą mi na myśl same górnolotne zwroty, a nie chciał bym, żeby ta relacja była zbyt patetyczna. Napiszę więc krótko: to był znakomity, wręcz genialny koncert. Każdy element „zagrał” wówczas w 100%. Adamowi Pierończykowi należą się zaś wszelkie możliwe wyrazy uznania: sam na scenie potrafił bezwarunkowo i  bez reszty zaabsorbować myśli i uwagę publiczności.  Zapowiadane 60 minut pozostawiło niedosyt i udało się  namówić artystę na dwa bisy.

Takie momenty jakie widzowie przeżyli podczas tego koncertu nie zdarzają się często. I chociaż dziewiąty dzień lutego upłynął w Polsce pod znakiem olimpijskiego złota w skokach narciarskich, to Ci z fanów jazzu, którzy wybrali sportową transmisję powinni żałować, bo opisywany koncert dostarczył obecnym nie mniej wrażeń i emocji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s